24 stycznia 2010r.

żyję. i nie ma na co narzekać.
równowaga.

ale na pewno nie nerwowa, bo ostatni tydzień solidnie nadużył moje bardzo stargane już komórki czuciowe w całym ciele.

nie dość, że znowu stwierdziłam, że nie ma sprawiedliwości i że jedna osoba nie jest po prostu nic warta, to przypomniała mi się jedna sytuacja z gimnazjum.

w ten sposób jedna noc została nieprzespana i przepłakana.
ja już tak mam, że przypominam sobie coś, czego po prostu nie trzeba..
i ta jedna noc pociągnęła za sobą inne.
i zaczęłam brnąć daleko w głąb siebie, czy ostatnio dobrze wybrałam.
uwielbiam zasiewać w sobie te wątpliwości. kurwa. zawsze coś nie tak..
ja chyba nie chcę być szczęśliwa.
albo tego się boję.
albo lubię być męczennicą.
i wylewać wodospady łez i udawać, że jest okey.

na szczęście przyszła sobota.
i głupie myślenie minęło.
dzięki Niemu.
jak dobrze, że On jest.
może wiele razy było coś nie tak i wiele razy się rozstawaliśmy.
ale On ma w sobie coś, czego inni obok mnie nie mają.
ten luz, spokój, umiejętność wybrania tego, co najważniejsze..

gdyby nie On, zwariowałabym. i już.
i wydałabym fortunę na tabletki uspokajające, przez co zszargałabym moją już nieciekawą wątrobę.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

samotność

Dlaczego jest święto Bożego Narodzenia?

bzdury.